czwartek, 29 grudnia 2011

Część 11 "Ciemny las"

Oliver szedł szybko przez ciemny las trzymając w ręku pochodnię świecącą nikłym blaskiem. Rozglądał się czujnie między drzewami. Drapieżnicy wychodzili na nocne łowy w poszukiwaniu ofiar. Gertrude starała się trzymać w zasięgu światła, aczkolwiek nie za blisko mężczyzny. Potarła rękoma zmarznięte ramiona. Noce w lesie bywały bardzo zimne. Pochodnia dawała o wiele za mało ciepła. Czerwony płaszcz tak samo. Płochliwym wzrokiem wodziła po ciemnych zakamarkach lasu. Lekko wzdrygała za każdym razem, gdy coś się poruszało na ściółce leśnej. Oliver posyłał jej czasami pytające spojrzenie. Marszczyła wtedy brwi i unosiła głowę do góry, starając się nie okazywać strachu przez leśnymi stworzeniami.
- Wszystko w porządku? - pytał czasami kierując światło pochodni na jej twarz.
- Dlaczego tak myślisz? Oczywiście, że tak. - odpowiadała cierpko.
- To czemu jesteś taka blada?
- Jestem zmęczona, nic więcej.
- Może odpoczniemy?
- Nie, im szybciej tam dotrzemy, tym lepiej.
- Skoro tak mówisz ... - Oliver odwracał się od niej i nadal szedł żywym krokiem przed siebie w ciemność.
Wyobrażała sobie idącego za nią jak cień wilka. Przełknęła ślinę. 
- Znowu się spotykamy ... - cichy ponury głos szepnął tuż za jej plecami.
Odwróciła się gwałtownie. Z wrażenia i strachu o mało co się nie przewróciła. Rozglądnęła się przerażona po ciemnym lesie. Coś zbliżało się do niej miękko stąpając po ściółce. Oliver zobaczył leżącą na ziemi Gertrude. W mgnieniu oka znalazł się przy niej. Oświetlił pobliskie drzewa.
- To był on ... - szepnęła, jakby obawiała się, że wilk zjawi się ponownie.
- Przecież nic tu nie ma - ponownie wyciągnął pochodnię miedzy drzewa. - wstawaj, idziemy dalej. Za niedługo wzejdzie słońce. - wyciągnął w jej stronę dłoń.
Jeszcze chwilę wpatrywała się w ciemność. Chwyciła jego rękę i lekko wstała z mokrej ziemi. Nieco oszołomiona ruszyła ramię w ramię z Oliverem w dalszą drogę.

niedziela, 18 grudnia 2011

Część 10 - "Niedowiarek"

- Jaki wilk? O czym ty mówisz? - spytał Oliver klękając naprzeciw niej. Położył ostrożnie królika na ściółce.
- Ten wilk mówił ...
- Przecież wilki nie posiadają głosu. Gertrude, pomyśl logicznie. A może ty ... spróbowałaś tych substancji w słoiczkach?!
- Przestań, mówię poważnie. Nic sobie nie wymyśliłam! Ten wilk naprawdę przemawiał ludzkim głosem. A ty nawet nie zainteresowałeś się tym, że to coś, wie gdzie idziemy i chyba ma zamiar się dołączyć! - wyrzuciła z siebie zdenerwowana dziewczyna.
- Dobrze, dobrze. Nie krzycz. Gdzie ten pchlarz poszedł? - Oliver wstał niechętnie.
- Spytał się mnie, w jakim kierunku idziemy do babci. Skłamałam, że na wschód, to powiedział, że pójdzie na zachód ... - powiedziała ze spuszczoną głową ściskając mocno rękojeść sztyletu.
- Jak myślisz, jest niebezpieczny? - zapytał ciszej.
- Nie wiem, ale nie mam zamiaru się z nim drugi raz spotkać, chociaż wiem, że to mało prawdopodobne.
- Nie ma się co przejmować, w końcu, co może nam zrobić taki zwierzak. Nas jest dwóch, on jeden i jeszcze nieuzbrojony. No to co, przyrządzać królika?

piątek, 16 grudnia 2011

Część 9 - "Wilk"

Szli już kilka godzin. Mimo, że czasem się do siebie odzywali, to nie były to zbytnio przedmiotowe rozmowy. W zasadzie o niczym. A właściwie to milczeli dłuższą część drogi. Deszcz przestał padać. Woda kapała jedynie z drzew.  Jak dotąd nie spotkali żadnej groźnej bestii, ale wszystko mogło się zdarzyć. Nic nie było pewne w tamtejszych lasach.
- Może się zatrzymamy? - spytała Gertrude.
- Zmęczona? - Oliver uśmiechał się tym swoim grymasem wyższości.
- Nie... po prostu... chcę coś zjeść. Jestem głodna.
Przystanęli przy dużym pniaku. Usiedli. Oliver wyciągnął z torby kilka sucharów.
- Jak daleko stąd jest chatka tej czarownicy?
- Jakiś czas stąd.
- A nie możesz konkretniej odpowiadać? - Gertrude była zniecierpliwiona.
- Spokojnie, kobieto. Zanim znajdziemy się w chatce tej babuni będziemy musieli przejść przez wodospad, Wąwóz Motyli i dalszą część lasu.
- Nie brzmi zbyt groźnie. - wzruszyła ramionami.
- Tak? A wiesz, co żywi się motylami?
- Taaa... na pewno coś, co nas pożre... - sarknęła.
Oliver uśmiechnął się. Jak zwykle miał ten sam władczy wyraz twarzy.
- Motyle z wąwozu są bardzo duże. Mniej więcej wielkości małego bobra. Tymi motylami żywią się lisy, a na lisy polują grytewele.
Gertrude przeszedł dreszcz.
- Nie chcę znowu spotkać tego stwora...
- Ale to jedyna droga.
- Musi być inna.
- Nie ma.
- Przecież ta kobieta nie mieszka na końcu świata! Musi być więcej dróg!
- Uspokój się. Czemu ty zawsze jesteś taka porywcza? - Oliver wstał.
- Nie jestem porywcza! - krzyknęła i zamarła. Zdała sobie sprawę, że zaprzecza samej sobie. - O rany... - zwiesiła głowę.
Mężczyzna zaczął się śmiać.
- Chcesz zjeść zająca? - zapytał.
- Zająca?
- Upoluję go i sobie zjemy. Chcesz?
Skąd nagle wziął mu się zając?
- Chcę.
- Dobrze. - powiedział, biorąc swój łuk.

Kiedy Oliver odszedł, Gertrude uświadomiła sobie, że będąc sama w lesie po prostu się boi. Rozejrzała się raptownie. Nic. Grube pnie drzew przypominały swoim kształtem różne stwory. Liśćmi poruszał porywisty, aczkolwiek ciepły wiatr.
- Wracaj już z tym zającem... - szepnęła dziewczyna.
- Witaj, Trudy. - usłyszała za sobą. Momentalnie się obróciła. Stał przed nią wilk. Był szaro-czarny i duży. Złote oczy spoglądały na dziewczynę. Przestraszona Gertrude cofnęła się kilka kroków.
- Nie bój się... - odezwał się wilk.
- Od kiedy wilki mówią? - zapytała. Nie wiedziała, o czym myśleć: skąd wilk zna jej imię, o ucieczce, czy modlić się, by Oliver zaraz wrócił.
- Od zawsze. Tak samo, jak inne stworzenia w lesie.
- Nie sądzę.
- Tak jest. Dokąd idziesz?
- Odejdź potworze! - krzyknęła. Jej głos poniósł się echem po lesie. Po co ja rozmawiam ze zwierzęciem?
- Nie odejdę, dopóki nie powiesz mi, dokąd zmierzasz?
- Dlaczego chcesz to wiedzieć?
- Dlaczego jesteś taka podejrzliwa, co?
- Nie zwykłam ufać innym... A już w szczególności gadającym wilkom...!
- Mów, w którą stronę idziesz do tej babci! - warknął wilk, obnażając swoje ostre zęby.
Gertrude zamarła. Bynajmniej nie wystraszyła się kłów wilka, ale tego, że znał cel jej podróży. Patrzyła na zwierzę wielkimi ze zdziwienia oczami. Zacisnęła dłoń na rękojeści sztyletu.
- Nie próbuj mnie atakować. - ozwał się wilk. - I tak nie wygrasz... Powiedz, dokąd idziesz.
- Na wschód... - skłamała. Wilk uśmiechnął się szyderczo (o ile wilki mogą w ogóle się uśmiechać) i powiedział:
- Dobrze, więc pójdę na zachód.
- Co? Nie!
- Wiedziałem.
Z przeciwka nadbiegł Oliver. Gdy wilk zobaczył mężczyznę od razu uciekł.
- Gertrude, nic ci nie jest? - spytał z troską.
- Nie nic. - odparła oszołomiona. - Ale... Ten wilk mówił. Wiedział dokąd idziemy...

środa, 14 grudnia 2011

Część 8 "Rozpoczęcie podróży"

Świtało. Oliver przewiesił przez ramię torbę, do której ostrożnie włożył słoiczki zawinięte w szmatkę, i zamknął drzwi chatki na klucz. 
Gertrude rozglądała się niepewnie po śpiącym lesie, chmury znowu przysłoniły nikłe promienie słoneczne i zrobiło się bardzo ciemno. Zapowiadał się deszczowy dzień. Dziewczyna naciągnęła na siebie mocniej czerwony płaszcz.
- W którą stronę? - zapytała nieśmiało mężczyznę.
- Na zachód - powiedział zdecydowanym głosem.
Para zniknęła między szarymi drzewami. Korony drzew szumiały głośno targane przez zimny, wiosenny wiatr. Uderzał w wędrowców mocno, łechtając ostrym oddechem ich zaczerwienione twarze. Dźwięki lasu mieszały się z odgłosem obijanych o siebie szklanych słoiczków z tajemniczą zawartością.
Do nozdrzy Gertrude doszedł zapach mokrego futra. Na wspomnienie potwora, który ostatnio w tym lesie ją zaatakował, wzdrygnęła lekko i zwolniła kroku czujnie oglądając przestrzeń wokół siebie.
- W tej części lasu nie ma ich, aż tak dużo. Nie masz się czego bać. - powiedział Oliver nie odwracając się nawet do niej. Ciągle brnął przed siebie.
- A co to było za stworzenie?
- Ludzie nazywają go Strachem Lasu, ale tak naprawdę jest to grytewel. Sympatyczna nazwa, nieprawdaż? - zaśmiał się.
- Tak, bardzo sympatyczna - mruknęła.
Szli w ciszy przez pewien okres czasu. Chatka babci znajdowała się kilka dni drogi stąd. Przez ten czas musiała wytrzymać nieprzyjemny dotyk zimnych kropel na skórze i strach przed leśnymi drapieżnikami. W miasteczku czuła się o wiele lepiej. Tam jedynymi drapieżnikami były straże patrolujące uliczki i szpiedzy. W mieście łatwiej było schronić się przed podejrzanymi spojrzeniami, chociażby w cieniu ulic.
Brakowało jej ulicznych lamp zamiast gwiazd, które i tak świeciły tak słabo, że w lesie panował wieczny półmrok.

niedziela, 11 grudnia 2011

Część 7 - "Układ"

Po niedługim czasie dziewczyna piła zaparzone zioła. Miały gorzki i w gruncie rzeczy nieprzyjemny smak, ale znośny i doskonale gaszący pragnienie. Oliver wciąż strugał drewnianą jaskółkę.
- Dokąd właściwie się wybierasz? - zapytał, zerkając na skuloną na podłodze Gertrude. Ona rzuciła mu podejrzliwe spojrzenie.
- Jeszcze czego? - fuknęła.
- Masz wobec mnie dług. Zapomniałaś już kto zabił tą bestię? - uśmiechnął się triumfalnie.
- Sama dałabym sobie radę.
- Oczywiście.
- Wątpisz w to?!
- Ja tylko przypominam, że gdy moje strzały przebijały cielsko tego stwora to ty mdlałaś.
- Coś ci się przyśniło! - dziewczyna miała bardzo poważny wyraz twarzy i zmarszczone brwi.
- Musisz mi odpowiedzieć, jeśli chcesz odzyskać sztylet. - Oliver wstawszy, podszedł do dziewczyny i usadowił się tuż przed nią, krzyżując nogi. Gertude cofnęła się nieco.
- Idę do babci...
- Kłamiesz.
- Nie.
- Wiem, że tak. Jesteś za stara na to, by mieć babcię.
- Tak ci się wydaje?
- Tak.
- To jak sądzisz ile lat ma moja babcia?
- Nie ma w ogóle, ponieważ nie idziesz do babci.
Twarz Gertrude wyrażała lekkie zmieszanie. Ja? Czerwony Kapturek, najsławniejszy złodziej Linnvaros, nie potrafię skłamać?
- No dobrze... - zgodziła się. - Powiem dokąd idę, jeśli ty też odpowiesz na moje pytanie.
- Proszę pytaj. - powiedział bez wahania Oliver.
- Co jest w słoiczku przykrytym chusteczką? - głową wskazała położenie naczynia.
- Ruszałaś moje rzeczy? - mężczyzna gwałtownie stracił pewność. Ironiczny uśmiech zniknął z jego twarzy, za to pojawił się u Gertrude.
- Wiedziałam, że to coś niezwykłego! Co to?
- Zapomnij, kobieto! - odparł Oliver, wstając i szybko chowając wszystkie naczynia do szafki. Dziewczyna przyjrzała się jego raptownym poczynaniom. Teraz przewaga była po jej stronie. Uśmiechała się, jeden kącik ust unosząc wyżej.
- Więc co jest w tym słoiku?
Oliver wziął głęboki wdech, tak jakby chciał się opanować. Znów zrobił się pewny siebie.
- Magiczna mikstura... - oświadczył.
- Co? - Gertrude otworzyła oczy szeroko ze zdziwienia.
- Dostałem go od pewnej staruszki rok temu. Sprawia, że moje strzały mają większy zasięg i moc. - wyjaśnił. W odpowiedzi usłyszał kaszel krztuszącej się  dziewczyny.
- To... - spróbowała coś powiedzieć. Miała nadzieję, że Oliver zaprowadzi ją do czarownicy.
- Hej! Teraz twoja kolej. - upomniał się mężczyzna.
- Pomożesz mi.
- Już to zrobiłem.
- Wiem, ale ja chcę, żebyś poszedł ze mną.
- Że co proszę?!
- Posłuchaj, dostałeś to coś od staruszki... - zaczęła, podnosząc się z miejsca i podchodząc do Olivera. - Do tej staruszki... czarownicy się wybieram. Potrzebuję kogoś, kto wie gdzie ona mieszka. I ty jesteś tym kimś.
- Stoi! - zgodził się z uśmiechem. - Proszę... - wyciągnął w stronę Gertrudę dłoń, trzymającą sztylet. Kobieta natychmiast go odebrała.
- Świetnie. Jak tylko wyschnie moje ubranie, ruszamy.
- Mogę dać ci swój płaszcz.
Gertrude zmierzyła mężczyznę lodowatym wzrokiem.
- Nigdy. - zaprzeczyła. - Idę w swoim czerwonym płaszczu.
- Jak sobie chcesz...

Znów usiedli na swoich miejscach. Ona skuliła się na podłodze, on na krześle pod ścianą, tym razem jednak nie strugając żadnego drewienka.
- Czym się tu zajmujesz, Oliverze? - zapytała ciepło Gertrude.
- Jestem leśniczym. Pilnuję porządku w tym lesie... Dlatego mieszkam tutaj. A ty kim jesteś?
Zawahała się chwilę.
- Kobietą. - odparła mimowolnie. Oliver zaśmiał się pobłażliwie.
- To widzę, Gertrudo.
- Więc po co pytasz? - dziewczyna zachowała taki wyraz twarzy, jakby jej odpowiedź nie była ani trochę dziwna i niespodziewana.
- Miałem na myśli to samo, co ty. Czym się zajmujesz?
- Różnymi rzeczami.
- A konkretniej?
- Niczym ciekawym.
- No dobrze. Nie mów. - Oliver był rozbawiony oporem dziewczyny. - Ale, co by to nie było, nie umiesz radzić sobie w stresowych sytuacjach. Takich, jak tamta w lesie.
- Przesadziłeś! - oburzyła się Gertrude. Doskonale przecież radziła sobie podczas wszystkich włamań, kiedy musiała walczyć ze strażnikami i wymykać się po cichu. W jej oczach zapłonęły iskierki. - Sugerujesz, że jesteś ode mnie lepszy w walce?
- Nie sugeruję. Wiem.
- Pożałujesz tego... - szepnęła, gniewnie podnosząc się z ziemi i rzucając na mężczyznę. Wyciągnęła sztylet i uderzyła. Oliver zrobił unik, więc ostrze przebiło tylko obicie krzesła. Zaśmiał się, samemu wyciągając podobną broń. Jego ruchy były błyskawiczne. Podobnie jak ruchy dziewczyny. Rozbrzmiał szczęk uderzającej się o siebie stali. Gertrude chwyciła jedną ręką jego nadgarstek, drugą próbując ugodzić go w brzuch. Przewróciła się przez kopnięcie Olivera, upuszczając sztylet.
- Chcesz się poddać? - zapytał drwiąco Oliver.
- Nigdy w życiu!
Bójka sprowadziła się do zwykłych przepychanek. Oliver przycisnął dziewczynę do drzwi chatki. Ona chcąc wytrącić go z równowagi nacisnęła łokciem klamkę. Oboje wypadli na zewnątrz, robiąc wielki plusk, wypadłszy na mokrą ziemię. Znowu byli mokrzy i brudni od błota. Przeturlali się po trawie. Deszcz wciąż padał.
- Skończ się opierać! - nakazał mężczyzna i jeszcze raz się przetoczył. Przytrzymał jej nadgarstki przy ziemi, leżąc jej na brzuchu.
Bójka ustała. Oboje leżeli bez ruchu, oddychając ciężko i głęboko.
- Złaź... - szepnęła Gertrude, nie odrywając wzroku od oczu Olivera. On odetchnął, spuszczając głowę i przewracając się na plecy. Deszcz padał obojgu na twarz.
- Muszę przyznać... - zaczął mężczyzna. - Nie jesteś najgorsza... - odwrócił głowę w jej stronę. Nie odezwała się ani słowem. Po prostu wstała i podchodząc do mężczyzny, pomogła mu wstać.
- Kim ty jesteś? - zapytał. Dziewczyna roześmiała się serdecznie.
- Złodziejem!
Trudno opisać twarz Olivera w tamtej chwili. Był na poły zdziwiony, na poły zafascynowany. Przyglądał się delikatnej istotce, jaką była Gertrude.
- Co się gapisz? - rzuciła kobieta. - Znowu musimy się suszyć.
Wrócili do chatki. Każde było pod wrażeniem tego drugiego
- Wyruszymy jutro.
- Wedle naszego układu.

Część 6 "Chatka Olivera"

Izba, którą wskazał jej Oliver, pachniała drewnem i sosnowymi igiełkami. Wszystko w tym pokoju było takie proste i estetyczne. Łóżko, szafa i stolik. Na oknie stała doniczka z zeschniętą roślinką. Na środku leżał starty dywan. Ostrożnie zbliżyła się do komody. Podłoga niemiłosiernie skrzypiała. Otworzyła niemniej skrzypiące drzwi szafy. Wyjęła z niej starannie poskładaną kraciastą koszulę i ciemne spodnie. Przewiesiła brudny strój przez oparcie łóżka i wślizgnęła się w miękkie ubranie. Pachniało wiórkami drewna. Była trochę za duża, tak samo jak spodnie, tylko, że one były także szorstkie i niemiłe w dotyku. Usłyszała krople deszczu uderzające w dach domku. Skrzywiła się na myśl podróżowania w tej pogodzie. Przypomniała sobie widok bestii, wzdrygnęła.
Wyszła z izby rozglądając się czujnie po pomieszczeniu. Oliver siedział na taborecie, oparty plecami o drewnianą ścianę. Znudzony wpatrywał się w kawałek drewienka, strugał je delikatnymi ruchami. Podeszła bliżej niego, szybko schował rzeźbę w zamkniętych dłoniach.
- Jesteś głodna?
- Trochę.
- Tam - wskazał palcem na kąt pokoju z wieloma półkami - powinny być jakieś pozostałości po posiłku, na półce jest woda i kilka liści ziół, zaparz sobie.
Sama miała sobie zaparzyć ... sama przygotować i jeszcze jeść po nim?
Ociężałymi ruchami podeszła do wskazanego miejsca i zaczęła się krzątać z lekkim zakłopotaniem przy naczyniach. Trochę mięsa, jakaś papka, słoik wody. Ogromne zapasy. Pokręciła głową. Zerknęła po kryjomu na Olivera. Nadal skrobał w drewienku. Rzeźba nic nie przypominała swoim kształtem. Nawet na nią nie zerknął. Taki ... nieobecny był.
- Nie mam na czym podgrzać wody - powiedziała do niego przerywając ciszę.
Położył na stole drewienko, wstał z krzesła i bez słowa wyszedł z chaty. Gertrude upewniwszy się, że jest poza domem, obejrzała z bliska rzeźbę.
Jaskółka?!
Podeszła z powrotem do naczyń. Sprawdziła zawartość słoiczka zatkniętego chusteczką. Pachniało potwornie. Ulotnił się z naczynia niebieskawy dym. Wystraszyła się i szybko odłożyła to na miejsce.
Oliver wszedł do chaty niosąc kilka klocków drewna. Zdążył nieźle zmoknąć. Brązowe włosy przykleiły mu się do twarzy, ręce błyszczały od deszczu. Rzucił jej podejrzane spojrzenie. Włożył kawałki drewna do małego kominka, potarł o siebie dwa krzemienie. Ogień trzasnął i w chatce momentalnie się ociepliło. Gertrude kucnęła przy kominku wyciągając do ognia zimne dłonie. Oliver z powrotem usiadł na krześle i ponowił dłubanie w drewienku. Gertrude wywróciła oczami.

sobota, 10 grudnia 2011

Część 5 - "Nieznajomy wybawca"

Powieki Gertrude opadały. Nie widziała, kto odebrał jej sztylet. Dostrzegła jedynie, że to mężczyzna. Z impetem usiadła obok dużej kałuży na zabłoconą ziemię, nie interesując się tym, czy nieznajomy jest przyjaźnie nastawiony. Zakręciło jej się w głowie. Mimowolnie zdołała wymamrotać:
- Kim jesteś?
Obcy zbliżył się do Gertrude i przykucnął, biorąc ją na ręce. Dziewczyna gwałtownie ożyła:
- Zostaw mnie! Puszczaj! - zaczęła krzyczeć, wyrywając się mężczyźnie.
- Spokojnie, chcę ci pomóc. - zapewniał nieznajomy.
- Nie potrzebuję niczyjej pomocy! - wrzasnęła i zaczęła machać nogami.
- Dobra... - powiedział mężczyzna, zwalniając uścisk. Gertrude upadła wprost do kałuży, zatapiając twarz w brudnej wodzie.
- Fuu! - zaczęła pluć, by pozbyć się z ust ziarenek piasku.Uklęknęła. Nie dość, że była mokra to jeszcze cała oklejona błotem. Przetarła oczy i rozejrzała się dookoła. Zobaczyła, że człowiek, który zabił bestię oddala się w głąb lasu. Wstała. Była zła.
- Hej ty! - krzyknęła za mężczyzną. On zatrzymał się i uśmiechnął chytrze, tak jakby przewidział reakcję kobiety. Odwrócił się na pięcie i zaczekał aż rozgniewana dziewczyna do niego dojdzie.
- Dlaczego mnie wrzuciłeś do kałuży?! - zapytała Gertrude, bardziej jednak atakując, niż pytając.
- Wyrywałaś się i krzyczałaś, że nie chcesz pomocy. - odparł ze spokojem.
- Tak, ale nie musiałeś wrzucać mnie do kałuży!
- Tak się rzucałaś, że nie było sposobu, byś nie upadła.
- Mogłeś mnie po prostu postawić.
- Nie miałem w tym żadnego interesu. - mężczyzna odwrócił się i ruszył przed siebie.
- Ej! Wracaj! - zawołała, lecz gdy zobaczyła, że jej krzyki pozostają bezowocne, pobiegła za wciąż odchodzącym człowiekiem.
- Oddaj mi chociaż mój sztylet! - zażądała.
- Chodź ze mną. - zaproponował nagle mężczyzna, zapraszając ją gestem. Gertude zawahała się chwilę.
- Dlaczego? - spytała.
- Bo jesteś brudna, przemoczona i w dodatku to ja mam twoją broń... A poza tym... pomogę ci.
- No dobrze... - zgodziła się niepewnie i ruszyła za nieznanym człowiekiem.

Po niedługim czasie krótkiego marszu dwójka znalazła się na małej polanie, na której stała drewniana, lekko zniszczona chatka.
- Tu mieszkasz? - zdziwiła się Gertrude, wykrzywiając usta w kpiącym grymasie.
- Wolałabyś być teraz pod tamtą kłodą? - zapytał wymownie, otwierając drzwi od domku. Wkroczył do środka i zapalił światło. Dziewczyna nieśmiało weszła za nim. Dopiero teraz - w świetle - mogła dokładniej przyjrzeć się wyglądowi, jakby nie było, swojego wybawcy. Był to dojrzały mężczyzna, choć wciąż młody. Miał szerokie barki i silne ramiona, na które opadały półdługie, brązowe włosy. Na skórze kości policzkowej miał niewielką, czerwoną bliznę.
- Tam możesz się doprowadzić do porządku. - powiedział, wskazując drzwi do drugiej izby. - Powinnaś znaleźć tam moje ubrania. Włóż je.
Gertrude skinęła, po czym podeszła do drzwi. Już miała je otworzyć, lecz zdecydowała najpierw zapytać:
- Jak masz na imię? - zwróciła się do mężczyzny.
- Oliver. - uśmiechnął się. - A ty?
- Gertrude... - powiedziała, zamykając za sobą drzwi.

piątek, 9 grudnia 2011

Część 4 "Atak bestii"

Pogoda uległa niesamowitej zmianie. W ciągu kilku godzin nad ciemnym lasem zebrały się jeszcze ciemniejsze chmury, które całkowicie przysłoniły słońce i księżyc. Przez gęste korony drzew spadały na dziewczynę ciężkie krople deszczu. Nałożyła mocniej kaptur na włosy i ze spuszczoną głową truchtem przemierzała las. Padało coraz bardziej, czerwony płaszcz był przesiąknięty wodą. Rozglądała się tęsknym wzrokiem po lesie w poszukiwaniu suchego miejsca do schronienia się przed ulewą. 
Odetchnęła z ulgą, gdy wypatrzyła zmęczonym wzrokiem zwalone drzewo. Upadło na skos, więc było trochę miejsca na skulenie się pod nim. Wślizgnęła się pod wilgotny konar i objęła mocno kolana rękoma. Oparła głowę o drzewo, zamknęła oczy i wsłuchiwała się w uderzanie kropel deszczu o konar.
W pewnym momencie do jej uszu doszedł dziwny dźwięk. Coś podobnego do sapania, ciężkiego oddychania. Poczuła w powietrzu zapach mokrego futra. Coś warknęło i wciągnęło mocno powietrze do nosa. Zbliżało się po mokrej ściółce coraz bardziej do ukrytej pod konarem Gertrude. Zamarła szukając bezszelestnie pod płaszczem zimnego sztyletu.
Wielkie zwierzę przeskoczyło jednym susem przez zwalone drzewo i stanęło oko w oko ze stworzeniem. Był dwa razy większy od niej. Z pyska kapała mu żółta ślina, na głowie jeżył mu się sztywny włos. Spod sierści wyrastały dwa ubite rogi. Uszy miał niesamowicie szpiczaste i odstające. Oczy prawie całkowicie miał zasłonięte włosami. Z nozdrzy ulatywała para. Z pyska, pełnego ostrych kłów, wydobywał się odór. Pod Gertrude ugięły się nogi. W duchu błagała o cud, wiedziała, że swoim małym sztyletem niczego nie zdziała. Bestia postąpiła krok w jej stronę. Gertrude cofnęła się przerażona, ale poczuła za sobą tylko śliską korę drzewa. Włosy przykleiły się jej do mokrej twarz, serce biło jej bardzo mocno, drżała na całym ciele, a obraz powoli się jej rozmazywał od deszczu.
Usłyszała za sobą świst strzały. Drugi i trzeci. Potworny ryk przeszył ciszę leśną. Bestia upadła na błotnistą glebę przed jej stopami. Gertrude osunęła się na ziemię. Jakaś postać podeszła do zwierzęcia, wyjęła strzały z jego cielska i odwróciła się w stronę dziewczyny. Obraz się zamazał, krople deszczu cisnęły się jej do oczu, włosy oblepiały jej całą twarz. Poczuła ciepłe ręce wyjmujące jej sztylet z mocno zaciśniętej dłoni ...

sobota, 3 grudnia 2011

Część 3 - "W lesie"

Noc powoli ustępowała dniowi. Srebrne gwiazdy bladły, tłumione blaskiem czerwonego słońca, wyłaniającego się zza horyzontu. Wiał delikatny, ciepły wiatr. Ptaki świergotały, zwiastując nadejście poranka.
Gertrude szła spokojnie traktem prowadzącym w głąb lasu. Myślała o staruszce - czarownicy, która posiadała proszek niewidzialności. Według opowieści wiedźma ta mieszkała w małej chatce w lesie. Rozległe knieje w okolicach Linnvaros były bardzo niebezpieczne, toteż stanowiły idealną siedzibę dla dziwaków takich jak czarownica.

Gertrude podniosła wzrok. Mimo, że słońce świeciło coraz jaśniej, ona czuła się jakby cały czas panowała noc. Rozłożyste korony drzew nie pozwalały promieniom przebić się do środka lasu. W oddali dał się słyszeć ryk. Dziewczyna impulsywnie rozejrzała się dookoła. Nic. Usłyszała jedynie cichy szelest w pobliskich zaroślach. Zbliżyła się do nich. Jej oddech przyspieszył. Położyła dłoń na przypiętym do pasa sztylecie. Krzaki gwałtownie się rozchyliły i wybiegł zza nich mały, biały zajączek.
Gertrude odetchnęła, śmiejąc się w duchu. Ruszyła dalej. Mijała po drodze coraz to ciekawsze drzewa. Niektóre wiły się wzdłuż ziemi, inne splatały się ze sobą, a jeszcze inne były po prostu drzewami - takimi jak zwykłe drzewa. I choć każde było inne to wszystkie miały w sobie tę samą magiczną aurę. Były niezwykłe.
Jedyną rzeczą, która niepokoiła dziewczynę były zbliżające się ciemne chmury. Oby tylko nie padało... - pomyślała.

piątek, 2 grudnia 2011

Część 2 - "Poza murami Linnvaros"

Drobna postać wymknęła się z ciemnych murów domu i skierowała się cichymi krokami w stronę bram miasta. Miasto Linnvaros jeszcze spało. Pierwsi rzemieślnicy krzątali się po swoich warsztatach zaspani. Nisko nad ulicami wisiała gęsta jak mleko mgła. Włosy Gertrude szarpał słaby, letni wiatr niosący ze sobą przepiękną pogodę. Kobieta okryła twarz czerwonym płaszczem. Przemieszczała się na skórzanych butach, co sprawiało, że nie było jej w ogóle słychać. 
Usłyszała niepokojące kroki i donośne, głośne głosy. Szybko czmychnęła w boczną uliczkę i przylgnęła całym ciałem do zimnego muru budynku. Ciemne oczy patrzyły spłoszone w mgłę. Zza budynków wyłoniła się para żołnierzy, patrolujących miasto. Było ich coraz więcej. Wałęsali się między ulicami od zachodu do wschodu słońca, z racji tego, że od ostatniego czasu wzrosła ilość napadów i mieszkańcy bali się zasypiać.
Żołnierze szurali znużeni zmęczonymi nogami po brukowej kostce. Co chwilę któryś z nich wybuchał gromkim śmiechem, niosącym się między budynkami.
Gertrude zrobiła głęboki wdech i kiedy żołnierze zniknęli w mgle, zwinnie pobiegła do bramy. Strażnicy maszerowali przed nią w obie strony. Trzymali wysoko uniesione piki, żelazny hełm opadał im na twarze. Bramy były lekko uchylone, od ostatniego czasu łańcuchy mostu zwodzonego coraz bardziej rdzewiały, więc nie domykała się do końca. Gertrude uśmiechnęła się do siebie i wyciągnęła z kieszeni niewielki kamień o nieregularnych kształtach. Rzuciła go płasko w sąsiednią ulicę. Żołnierze ścisnęli mocno ręce na broni i biegiem skierowali się do miejsca, skąd dochodził dźwięk. Gertrude skorzystała z okazji i w momencie znalazła się przy bramie. Miałam mało czasu, więc zwinnie wspięła się po śliskim łańcuchu i wyskoczyła po drugiej stronie bramy. Znalazła się poza murami miasta Linnvaros. Odetchnęła z ulgą i truchtem zniknęła wśród drzew w okolicznym lesie. Wszystko jeszcze spało, panowała grobowa cisza. Słychać tylko było szelest czerwonej peleryny i płynny oddech.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Część 1 - "Gertrude"

Wieczór był ciepły w miasteczku Linnvaros. Niebo srebrzyło się milionami błyszczących gwiazd. Miało jeszcze niebiesko-fioletowy, ale powoli ciemniejący do granatu kolor. Księżyc wyglądał jak cieniutki rogal. Wszyscy mieszkańcy powoli chowali się do domów, ulice pustoszały. Niezmordowany całym dniem pracy sklepikarz, próbował jeszcze sprzedawać swoje towary. Niektórzy nieostrożni rabusie wychodzili już na nocne łowy. Gdzieniegdzie dało się słyszeć szczekanie psów lub trzepotanie skrzydeł nietoperzy.

W oknie pewnego niewielkiego domu siedziała, zwinięta w kłębek młoda kobieta. Miała na imię Gertrude. Zajmowała się rabunkiem. Nikt do tej pory nie odkrył kim była kobieta w czerwonym płaszczu - postrach Linnvaros. Była bardzo piękna. Jej długie, brunatne, proste włosy opadały na szczupłe, ale silne ramiona. Miała duże oczy, które były niemal tak ciemne, że mogły wydać się czarnymi. Obejmowała zgrabnymi dłońmi gładkie kolana. Raz jeszcze spojrzała na niebo. Zachwycało ją.
Ktoś zapukał do drzwi.
- Wejdź. - powiedziała dziewczyna, nie odrywając wzroku od srebrnych gwiazd. Do izby wkroczył wysoki i postawny mężczyzna o kruczoczarnych włosach. Jego wiek był zbliżony do wieku dziewczyny. Był to Gustav, jej oddany przyjaciel. Mimo, że znali się długo, nie wiedzieli o sobie zbyt wiele.
- Witaj, Trudy. - uśmiechnął się promiennie. - Przyniosłem ci sok malinowy od Samuela.
- Dziękuję. Jutro wyruszam...
- Już jutro?
- Przecież wiesz, że muszę zdobyć ten proszek... - powiedziała z wyrzutem. Mówiła o magicznym specyfiku, który pomógłby jej stać się niewidzialną na kilka godzin. Mogłaby wtedy zrealizować swój największy skok - obrabowałaby skarbiec królewski. Miała plany wzbogacenia się i wyruszenia daleko do innego miasteczka, by tam zacząć dostatnie życie.
- Więc wyruszę z tobą... - poprosił Gustav.
- Nie! - warknęła dziewczyna podnosząc się z krzesła. - To ja odnajdę tą staruszkę i to ja zgarnę łup!
- Nigdy się tak...
- Tym razem chodzi, o coś więcej niż o zwykłą kradzież, Gustavie... Chcę stąd uciekać. Ludzie mogą w końcu coś podejrzewać, a wtedy to będzie koniec mnie. Koniec, rozumiesz?
Mężczyzna przytaknął.
- Dobrze... - szepnęła Gertrude. - Jutro o świcie już mnie tu nie będzie...

niedziela, 27 listopada 2011

Początek

Witajcie!
Jesteśmy Misia i Dagna. Dwie najlepsze przyjaciółki. Założyłyśmy tego bloga, aby dzielić się z Wami naszymi twórczymi tekstami. Będziemy na zmianę dodawały posty z kolejnymi przygodami naszych bohaterów. Mamy nadzieję, że będzie sie Wam dobrze czytało i zostaniecie z nami na dłużej. Zaczynamy za kilka dni!
Pozdrawiamy M. i D.