Szli już kilka godzin. Mimo, że czasem się do siebie odzywali, to nie były to zbytnio przedmiotowe rozmowy. W zasadzie o niczym. A właściwie to milczeli dłuższą część drogi. Deszcz przestał padać. Woda kapała jedynie z drzew. Jak dotąd nie spotkali żadnej groźnej bestii, ale wszystko mogło się zdarzyć. Nic nie było pewne w tamtejszych lasach.
- Może się zatrzymamy? - spytała Gertrude.
- Zmęczona? - Oliver uśmiechał się tym swoim grymasem wyższości.
- Nie... po prostu... chcę coś zjeść. Jestem głodna.
Przystanęli przy dużym pniaku. Usiedli. Oliver wyciągnął z torby kilka sucharów.
- Jak daleko stąd jest chatka tej czarownicy?
- Jakiś czas stąd.
- A nie możesz konkretniej odpowiadać? - Gertrude była zniecierpliwiona.
- Spokojnie, kobieto. Zanim znajdziemy się w chatce tej babuni będziemy musieli przejść przez wodospad, Wąwóz Motyli i dalszą część lasu.
- Nie brzmi zbyt groźnie. - wzruszyła ramionami.
- Tak? A wiesz, co żywi się motylami?
- Taaa... na pewno coś, co nas pożre... - sarknęła.
Oliver uśmiechnął się. Jak zwykle miał ten sam władczy wyraz twarzy.
- Motyle z wąwozu są bardzo duże. Mniej więcej wielkości małego bobra. Tymi motylami żywią się lisy, a na lisy polują grytewele.
Gertrude przeszedł dreszcz.
- Nie chcę znowu spotkać tego stwora...
- Ale to jedyna droga.
- Musi być inna.
- Nie ma.
- Przecież ta kobieta nie mieszka na końcu świata! Musi być więcej dróg!
- Uspokój się. Czemu ty zawsze jesteś taka porywcza? - Oliver wstał.
- Nie jestem porywcza! - krzyknęła i zamarła. Zdała sobie sprawę, że zaprzecza samej sobie. - O rany... - zwiesiła głowę.
Mężczyzna zaczął się śmiać.
- Chcesz zjeść zająca? - zapytał.
- Zająca?
- Upoluję go i sobie zjemy. Chcesz?
Skąd nagle wziął mu się zając?
- Chcę.
- Dobrze. - powiedział, biorąc swój łuk.
Kiedy Oliver odszedł, Gertrude uświadomiła sobie, że będąc sama w lesie po prostu się boi. Rozejrzała się raptownie. Nic. Grube pnie drzew przypominały swoim kształtem różne stwory. Liśćmi poruszał porywisty, aczkolwiek ciepły wiatr.
- Wracaj już z tym zającem... - szepnęła dziewczyna.
- Witaj, Trudy. - usłyszała za sobą. Momentalnie się obróciła. Stał przed nią wilk. Był szaro-czarny i duży. Złote oczy spoglądały na dziewczynę. Przestraszona Gertrude cofnęła się kilka kroków.
- Nie bój się... - odezwał się wilk.
- Od kiedy wilki mówią? - zapytała. Nie wiedziała, o czym myśleć: skąd wilk zna jej imię, o ucieczce, czy modlić się, by Oliver zaraz wrócił.
- Od zawsze. Tak samo, jak inne stworzenia w lesie.
- Nie sądzę.
- Tak jest. Dokąd idziesz?
- Odejdź potworze! - krzyknęła. Jej głos poniósł się echem po lesie. Po co ja rozmawiam ze zwierzęciem?
- Nie odejdę, dopóki nie powiesz mi, dokąd zmierzasz?
- Dlaczego chcesz to wiedzieć?
- Dlaczego jesteś taka podejrzliwa, co?
- Nie zwykłam ufać innym... A już w szczególności gadającym wilkom...!
- Mów, w którą stronę idziesz do tej babci! - warknął wilk, obnażając swoje ostre zęby.
Gertrude zamarła. Bynajmniej nie wystraszyła się kłów wilka, ale tego, że znał cel jej podróży. Patrzyła na zwierzę wielkimi ze zdziwienia oczami. Zacisnęła dłoń na rękojeści sztyletu.
- Nie próbuj mnie atakować. - ozwał się wilk. - I tak nie wygrasz... Powiedz, dokąd idziesz.
- Na wschód... - skłamała. Wilk uśmiechnął się szyderczo (o ile wilki mogą w ogóle się uśmiechać) i powiedział:
- Dobrze, więc pójdę na zachód.
- Co? Nie!
- Wiedziałem.
Z przeciwka nadbiegł Oliver. Gdy wilk zobaczył mężczyznę od razu uciekł.
- Gertrude, nic ci nie jest? - spytał z troską.
- Nie nic. - odparła oszołomiona. - Ale... Ten wilk mówił. Wiedział dokąd idziemy...
- Może się zatrzymamy? - spytała Gertrude.
- Zmęczona? - Oliver uśmiechał się tym swoim grymasem wyższości.
- Nie... po prostu... chcę coś zjeść. Jestem głodna.
Przystanęli przy dużym pniaku. Usiedli. Oliver wyciągnął z torby kilka sucharów.
- Jak daleko stąd jest chatka tej czarownicy?
- Jakiś czas stąd.
- A nie możesz konkretniej odpowiadać? - Gertrude była zniecierpliwiona.
- Spokojnie, kobieto. Zanim znajdziemy się w chatce tej babuni będziemy musieli przejść przez wodospad, Wąwóz Motyli i dalszą część lasu.
- Nie brzmi zbyt groźnie. - wzruszyła ramionami.
- Tak? A wiesz, co żywi się motylami?
- Taaa... na pewno coś, co nas pożre... - sarknęła.
Oliver uśmiechnął się. Jak zwykle miał ten sam władczy wyraz twarzy.
- Motyle z wąwozu są bardzo duże. Mniej więcej wielkości małego bobra. Tymi motylami żywią się lisy, a na lisy polują grytewele.
Gertrude przeszedł dreszcz.
- Nie chcę znowu spotkać tego stwora...
- Ale to jedyna droga.
- Musi być inna.
- Nie ma.
- Przecież ta kobieta nie mieszka na końcu świata! Musi być więcej dróg!
- Uspokój się. Czemu ty zawsze jesteś taka porywcza? - Oliver wstał.
- Nie jestem porywcza! - krzyknęła i zamarła. Zdała sobie sprawę, że zaprzecza samej sobie. - O rany... - zwiesiła głowę.
Mężczyzna zaczął się śmiać.
- Chcesz zjeść zająca? - zapytał.
- Zająca?
- Upoluję go i sobie zjemy. Chcesz?
Skąd nagle wziął mu się zając?
- Chcę.
- Dobrze. - powiedział, biorąc swój łuk.
Kiedy Oliver odszedł, Gertrude uświadomiła sobie, że będąc sama w lesie po prostu się boi. Rozejrzała się raptownie. Nic. Grube pnie drzew przypominały swoim kształtem różne stwory. Liśćmi poruszał porywisty, aczkolwiek ciepły wiatr.
- Wracaj już z tym zającem... - szepnęła dziewczyna.
- Witaj, Trudy. - usłyszała za sobą. Momentalnie się obróciła. Stał przed nią wilk. Był szaro-czarny i duży. Złote oczy spoglądały na dziewczynę. Przestraszona Gertrude cofnęła się kilka kroków.
- Nie bój się... - odezwał się wilk.
- Od kiedy wilki mówią? - zapytała. Nie wiedziała, o czym myśleć: skąd wilk zna jej imię, o ucieczce, czy modlić się, by Oliver zaraz wrócił.
- Od zawsze. Tak samo, jak inne stworzenia w lesie.
- Nie sądzę.
- Tak jest. Dokąd idziesz?
- Odejdź potworze! - krzyknęła. Jej głos poniósł się echem po lesie. Po co ja rozmawiam ze zwierzęciem?
- Nie odejdę, dopóki nie powiesz mi, dokąd zmierzasz?
- Dlaczego chcesz to wiedzieć?
- Dlaczego jesteś taka podejrzliwa, co?
- Nie zwykłam ufać innym... A już w szczególności gadającym wilkom...!
- Mów, w którą stronę idziesz do tej babci! - warknął wilk, obnażając swoje ostre zęby.
Gertrude zamarła. Bynajmniej nie wystraszyła się kłów wilka, ale tego, że znał cel jej podróży. Patrzyła na zwierzę wielkimi ze zdziwienia oczami. Zacisnęła dłoń na rękojeści sztyletu.
- Nie próbuj mnie atakować. - ozwał się wilk. - I tak nie wygrasz... Powiedz, dokąd idziesz.
- Na wschód... - skłamała. Wilk uśmiechnął się szyderczo (o ile wilki mogą w ogóle się uśmiechać) i powiedział:
- Dobrze, więc pójdę na zachód.
- Co? Nie!
- Wiedziałem.
Z przeciwka nadbiegł Oliver. Gdy wilk zobaczył mężczyznę od razu uciekł.
- Gertrude, nic ci nie jest? - spytał z troską.
- Nie nic. - odparła oszołomiona. - Ale... Ten wilk mówił. Wiedział dokąd idziemy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dzięki za komentarze! ;D
To dla nas ważne byście też oceniali nasze posty! ;)