Powieki Gertrude opadały. Nie widziała, kto odebrał jej sztylet. Dostrzegła jedynie, że to mężczyzna. Z impetem usiadła obok dużej kałuży na zabłoconą ziemię, nie interesując się tym, czy nieznajomy jest przyjaźnie nastawiony. Zakręciło jej się w głowie. Mimowolnie zdołała wymamrotać:
- Kim jesteś?
Obcy zbliżył się do Gertrude i przykucnął, biorąc ją na ręce. Dziewczyna gwałtownie ożyła:
- Zostaw mnie! Puszczaj! - zaczęła krzyczeć, wyrywając się mężczyźnie.
- Spokojnie, chcę ci pomóc. - zapewniał nieznajomy.
- Nie potrzebuję niczyjej pomocy! - wrzasnęła i zaczęła machać nogami.
- Dobra... - powiedział mężczyzna, zwalniając uścisk. Gertrude upadła wprost do kałuży, zatapiając twarz w brudnej wodzie.
- Fuu! - zaczęła pluć, by pozbyć się z ust ziarenek piasku.Uklęknęła. Nie dość, że była mokra to jeszcze cała oklejona błotem. Przetarła oczy i rozejrzała się dookoła. Zobaczyła, że człowiek, który zabił bestię oddala się w głąb lasu. Wstała. Była zła.
- Hej ty! - krzyknęła za mężczyzną. On zatrzymał się i uśmiechnął chytrze, tak jakby przewidział reakcję kobiety. Odwrócił się na pięcie i zaczekał aż rozgniewana dziewczyna do niego dojdzie.
- Dlaczego mnie wrzuciłeś do kałuży?! - zapytała Gertrude, bardziej jednak atakując, niż pytając.
- Wyrywałaś się i krzyczałaś, że nie chcesz pomocy. - odparł ze spokojem.
- Tak, ale nie musiałeś wrzucać mnie do kałuży!
- Tak się rzucałaś, że nie było sposobu, byś nie upadła.
- Mogłeś mnie po prostu postawić.
- Nie miałem w tym żadnego interesu. - mężczyzna odwrócił się i ruszył przed siebie.
- Ej! Wracaj! - zawołała, lecz gdy zobaczyła, że jej krzyki pozostają bezowocne, pobiegła za wciąż odchodzącym człowiekiem.
- Oddaj mi chociaż mój sztylet! - zażądała.
- Chodź ze mną. - zaproponował nagle mężczyzna, zapraszając ją gestem. Gertude zawahała się chwilę.
- Dlaczego? - spytała.
- Bo jesteś brudna, przemoczona i w dodatku to ja mam twoją broń... A poza tym... pomogę ci.
- No dobrze... - zgodziła się niepewnie i ruszyła za nieznanym człowiekiem.
Po niedługim czasie krótkiego marszu dwójka znalazła się na małej polanie, na której stała drewniana, lekko zniszczona chatka.
- Tu mieszkasz? - zdziwiła się Gertrude, wykrzywiając usta w kpiącym grymasie.
- Wolałabyś być teraz pod tamtą kłodą? - zapytał wymownie, otwierając drzwi od domku. Wkroczył do środka i zapalił światło. Dziewczyna nieśmiało weszła za nim. Dopiero teraz - w świetle - mogła dokładniej przyjrzeć się wyglądowi, jakby nie było, swojego wybawcy. Był to dojrzały mężczyzna, choć wciąż młody. Miał szerokie barki i silne ramiona, na które opadały półdługie, brązowe włosy. Na skórze kości policzkowej miał niewielką, czerwoną bliznę.
- Tam możesz się doprowadzić do porządku. - powiedział, wskazując drzwi do drugiej izby. - Powinnaś znaleźć tam moje ubrania. Włóż je.
Gertrude skinęła, po czym podeszła do drzwi. Już miała je otworzyć, lecz zdecydowała najpierw zapytać:
- Jak masz na imię? - zwróciła się do mężczyzny.
- Oliver. - uśmiechnął się. - A ty?
- Gertrude... - powiedziała, zamykając za sobą drzwi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dzięki za komentarze! ;D
To dla nas ważne byście też oceniali nasze posty! ;)